wilczy klan
RSS
sobota, 16 sierpnia 2008
Dla M

dokąd mój przyjacielu
wiodą nas ścieżki
pokłute wspomnieniami
splątane i strome
płasko wydeptane
dziko zarośnięte
wysypane bolesnym
żwirem tęsknot

dokąd mój przyjacielu
gnają nas wichry i burze
dlaczego bez wytchnienia
karmimy swą niemoc
i progu domu
wypatrujemy strudzeni
bez nadziei w sercu

wciąż na bezdrożach

20:38, pemcia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 kwietnia 2008
Koniec złudzeń
No i skończyło się. Do tej pory żyłam sobie w przekonaniu, że jestem jaka jestem, ale żeby to był problem? Dziś się skończyło. Usłyszałam, że jestem brzydka, odpychająca i takie tam mniej lub bardziej subiektywne epitety. Połowę życia przeżyłam w przekonaniu, że jestem ładna, nie żeby od razu padali z zachwytu, ale nikt nie odwracał głowy na mój widok. Aż tu koniec. Powinnam spojrzeć na siebie inaczej. Od dziś na resztę mych dni, będę brzydką kobietą. Czy to coś zmieni? Czy herbata będzie smakować mi inaczej? Czy nadal będę umiała się śmiać, rozmawiać i myśleć? Czy doznam paraliżu mózgu? Ktoś podszedł mnie blisko i zadał cios nożem palącej krytyki. Niestety zadziałało! Osunęłam się w sobie i wyparowałam. Pogrzebu nie będzie, bo nikt już mnie nie pamięta. Nie ma tamtej. Jest nowa. Jeszcze obca. Bo jak tu oswoić się tą brzydką, odpychającą oszkalowaną? Co będę teraz widzieć w lustrze, kogo tam spotkam? Gorliwość bliskich w uświadamianiu nam naszych braków bywa miażdżąca.
07:13, pemcia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 marca 2008
Miłość zabija
Jak śpiewał Freddie Mercury - love kills. Jego zabiła w sensie dosłownym. Miłość do wolności zabija. Dziś widzimy to w Tybecie. Ponad pięćdziesiąt lat pod butem Chińczyków i ludzie nie wytrzymują. Za zgodą reszty świata sukcesywnie zabija się i niszczy kulturę Tybetu. Dlaczego Chińczycy są tak bezwzględni? Dlaczego historia musi się powtarzać? Nasza obojętność zabija. Miłość i współczucie umierają na naszych oczach.
12:58, pemcia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 grudnia 2007
HELP!

Krzyczeć mi się chce! Wrzasnąć na cały głos!
Nie krzyczę, nie wrzeszczę, stukam w klawiaturę, to wszystko co mogę. Muszę udawać, że to po mnie spływa, że jestem silna i że się nie dam. Jak długo? Jak długo i czym to się skończy? Dlaczego tak trudno znieść mi jego gadanie? Dlaczego on tak pozwala sobie na luksus malkontenctwa? Skóra mi cierpnie. Drży każda komórka mego ciała. Nie mogę tego znieść Narasta niepokój, smutek i bezradność. Nie można uchronić nikogo przed nim samym. Ale pokusa zostaje i wpędza w depresje. Wszystkie uczucia wylewają się z niego i podchodzą mi do gardła. Jesteśmy jak naczynia połączone.
Dosyć, dosyć, nie chcę!
Dlaczego się tak przejmuję? Boję się jego smutków, jęków, narzekań i złości. Dławię się od nadmiaru emocji, skręca mnie w dołku i mdli z niepokoju. Noszę w sobie własną zagładę, własny czas do wypełnienia. Czego się obawiam? Może tego, że wtargnie z tym depresyjnym smrodem do mojego świata, ostatniej enklawy niezależnego ja.
U mnie jest jaśniej i nie chce tego utracić. Patrzę na drugą stronę ulicy i widzę ponury obraz. Po mojej stronie jest nadzieja i radość. Jest ciepło i nie chcę tego utracić. Nie chcę się poddać i przejść na druga stronę, bo to będzie całkowita porażka. Nie chcę tez walczyć.
Ale jak żyć wyciągając wciąż ręce?
Ja tu, on tam, a pomiędzy nami spływa ulicą zatruty deszcz. Deszcz niesie wszystko co brudne, chore i odrzucone. Wyciągam ręce i chce go przyciągnąć, przytulić, ale on też ciągnie w swoją stronę. Czego on chce? Bez sensu! Każdy ma prawo do swojego kawałka chodnika. Razem oznacza zrobienie kroku ku sobie, a nie wieczne przeciąganie liny. Wolę budować niż niszczyć i chce swobodnie oddychać. Jestem, wciąż jestem i jeszcze mam siłę krzyczeć!

00:12, pemcia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 października 2007
ostatnio mi się rymuje na pewnym forum

a ja pomyślę
niezbyt logicznie i niezbyt ściśle, a tak
udowodnić niczego nie chcę bo i jak
a ja pomyślę
wcisnąć się nie dam w nic na żadnej liście
nie nadużywam i nie klnę zbyt siarczyście
a ja pomyślę
to uzależnia jak innych siłownia i bieżnia
źrenic to nie zwęża, ale trudniej o męża
a ja pomyślę
od tego rośnie ciśnienie i apetyt na słowa
ale to moja pustelnia i tylko moja głowa

 

bo tak to czuję...
cukier na rany zanim dusza skona
kiedy głupota, pycha trzyma się ogona
bo tak to czuję...
że nikt nikomu człowiekiem lecz knurem
gdzie Wyspiański z chochołem i sznurem
bo tak czuję...
sen o złotym rogu odbija się czkawką
kiedy słucham TV reaguję drgawką
bo tak czuję...
deszcz nie zmyje brudu, a wiatr nie rozwieje
to walec historii, to zwyczajne dzieje
bo tak czuję...
dreszcz nie od gorączki przeszywa me ciało
za mało tu miejsca, powietrza z mało!

 

a mnie to bawi
królewny śnieżki i reklamy proszków do kawy
męskie meteory na sterydach prosto z murawy
a mnie to bawi
udawanie na śniadanie dżentelmena i damy
kiedy jest wyprzedaż wszyscy się rzucamy
a mnie to bawi
on się nadyma, jej leci oczko i pot z czoła
kto na kogo poluje, kto stąd uciec zdoła
a mnie to bawi
telenowele kiedy wstajesz, gotujesz i ścielisz
jeśli nie jesteś w temacie ozór cię przemieli
a mnie to bawi
ona ma kredyt, wypas auto, ona torebkę od Prady
dla nich światła miasta i w Elle bezcenne porady

 

22:51, pemcia
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 01 października 2007
znaki czasu
Urodziny przeżyłam, ale dopadła mnie refleksyjna mgiełka. Czas po urodzinach jak co roku jest burzliwy, pełen napięć i przemyśleń. Takie napięcia nerwowe dosyć. Czas jest niemiłosiernie pospieszny, a ja nie mam pojęcia jak go spowolnić? Może powinnam wyjechać gdzieś na prowincję, na wieś? Ale co z moim miejskim ego? Idę na spacer, bo słońce świeci:-)
15:41, pemcia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 września 2007
Nowy bałagan

Rząd i po rządzie. Rozwiązany sejm, zawiązane buciki. Zawiązane koalicje i spiski. Będzie dużo gadania i nagonek. Będzie błoto, ale taka pora roku. Jesienne wybory, święto zmarłych i święto odzyskania niepodległości.  Powinnam wymienić dowód, ale jakoś mnie przed tym wzdraga. Jeszcze Andrzejki będą po drodze, a potem to już z górki byle do świąt.

Ale, ale! Ja mam wkrótce urodziny, za dni 10 dokładnie to wypadnie i może coś mi w prezencie wpadnie, hehe, kto wie? Przydała by się jakaś zapomoga od prezydenta.
03:42, pemcia
Link Dodaj komentarz »
wspomnienia mieszkanki stolicy

Na ulicy spotykam Kazia. Kaziu jest samotny, pięć lat po czterdziestce, okulary i twarz prawie bez mimiki. Kaziu twierdzi, że jest buddystą. Obecnie szuka kobiety, bo nie ma mu, kto zupy ugotować, a jemu wychodzi zawsze szaro-brunatna. Kazio nie ma pracy i żyje chyba powietrzem, albo jakiś anioł-przyjaciel nad nim czuwa? Namawia mnie, żebym do niego przyszła na przykładanie rąk w celach bioenergo-terapeutycznych. To znaczy on by mi je przykładał. Widzę smutek w jego oczach, kiedy odmawiam i żartobliwie komentuję jego propozycję. Idę do metra.

Schodami w dół szybko i zwinnie, a na peronie patrzę na ludzi, a oni na mnie. Zastanawiam się, ile z tych spojrzeń jest świadomych, przytomnych, obecnych, kto mnie jakoś postrzega, a kto tylko prześlizguje wzrokiem? Kto z mijających mnie ludzi i tych, którzy przechadzają się po stacji metra ma w sobie w tej chwili, jak go nazywa Wilber „Wewnętrznego Świadka”, a kto gonitwę myśli, albo inne doznania? Pewien mężczyzna trzyma przed sobą gazetę, idzie powoli, sztywno, jakby z wysiłkiem i zerka w bok mrużąc oczy i marszcząc czoło. Robi przy tym dziwne ruchy głową. Zastanawiam się, co mu jest? Czy to, jak się zachowuje oznacza, że „coś mu jest”? Jaka jest jego opowieść? Czy to podglądacz, czy bolą go oczy, czy może ma taki tik nerwowy lub uraz kręgosłupa, a może cierpi psychicznie, albo ma obrzydliwe fantazje? Nadjeżdża kolejka i wsiadam do wagonu. Mężczyzna z gazetą gdzieś znikł. Wysiadam w Centrum i idę do Empiku, buszuję w książkach. Potem do sklepu z kosmetykami, gdzie wybieram mleczko do twarzy, a potem oglądam różne pudełka z kremami i czytam o ich „cudownych” właściwościach. Niektóre mnie nawet przekonują. Fajnie jest pomyśleć przez chwilę, że po czterotygodniowej kuracji kremem, staję się młodsza i bardziej elastyczna w miejscu , w którym go stosowałam! Co mnie nie uczuli, to mnie wygładzi, pomyślałam, bo mam skłonności do alergii skórnej. Ale co tam, skład chemiczny kremu brzmi jak formułka z księgi czarów. Zaryzykuję, w końcu idzie wiosna i trzeba się zregenerować po zimie. Wybieram to co wydaje się bezpieczne i sensowną ma cenę.

Wychodzę ze sklepu, a na zewnątrz, wiatr szaleje i śnieg zacina. Chyba za wcześnie na wiosenna kurację? Zaczynam żałować, że wyszłam łóżka, ale idę do pobliskiej knajpki i szybko zasiadam na wygodnej kanapie przy oknie w rogu salki. Zamawiam herbatę. Wyciągam książkę i gazetę, na które sobie pozwoliłam w Epiku. Niestety, na takie przyjemności jak książki wydaje pieniądze, obojętnie czy je mam, czy też mi ich brakuje. Może to głupie, ale to taki gest wolności, a książka to dobro duchowe i intelektualne, nie podlegające finansowym limitom, przynajmniej u mnie! Dziś jest nim „Wilk Stepowy”, Hermana Hesse. Nowe wydanie. Mój „stary” Wilk, nie wrócił do mnie pożyczony kiedyś koleżance. Zatem dziś uczta konesera, przy herbacie za 5 zł, w ciepłym wnętrzu i przy stoliku z widokiem na ulicę, pełną przemykających, przewianych zimnym, śnieżnym wiatrem ludzi. Ogrzewam dłonie dotykając dużej filiżanki z gorącym płynem, który trochę paruje. Otwieram książkę na przypadkowej stronie. Cichną odgłosy lokalnej wrzawy, mój bohater spotyka po raz pierwszy Herminę.

03:34, pemcia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
wyliczanka

Jeden, dwa, trzy... osiem schodów, zakręt, trzy kroki i znowu osiem schodów i jeszcze raz, potem drzwi i trzy schodki na chodnik, trzydzieści dwa kroki do samochodu.

Od kiedy odszedł, jej ulubionym zajęciem stało się liczenie. Liczenie kroków, oddechów, zapałek, powtarzających się wzorków i wszystkiego co policzalne w zasięgu wzroku. Wsiadła do samochodu, zapięła pasy, przysunęła fotel i przekręciła kluczyk w stacyjce. Wszystkie czynności wykonywała płynnie jak w lekkim śnie, miękko i bez zastanowienia. Skrzynia biegów zazgrzytała przy próbie wrzucenia wstecznego, co przypomniało jej o planowanym od dawna przeglądzie. Samochód ruszył powoli, a wyjazd wąską uliczką o tej porze dnia, pomiędzy dwoma rzędami zaparkowanych samochodów wymagał sprawnego manewrowania. Jej wielkie kombi toczyło się powoli, zaczepiając prawie bocznymi lusterkami o zaparkowane pojazdy.

Osiem po lewej, dwanaście po prawej – policzyła głośno.
Wyjechała w końcu na główną ulicę. Czerwone światła wyjątkowo długo zatrzymywały ją na skrzyżowaniu i kiedy zapaliło się żółte, ruszyła gwałtownie jakby wyrwana z letargu.

Stała w korku i próbowała liczyć przechodniów na pasach, potem okna w beżowej, przedwojennej kamienicy. Idiotyczne zajęcie, zwłaszcza podczas jazdy. Jeszcze kilka przecznic, trzy skrzyżowania i dotrze do celu wyprawy.

Siedzieli razem w pokoju. Oboje woleli pracować w nocy. Ona przed swoim komputerem, on przed swoim. Spędzała sporo czasu, pisząc i redagując teksty do poczytnej gazety o modzie. On ze swoim laptopem najchętniej wybierał miejsce na dywanie. Siedział podparty o ścianę przygryzając jakiś kawałek plastiku. Powracał do świata swoich raportów i analiz, o których ona wiedziała tylko tyle, że są nudne i bardzo ważne. Często wyjeżdżał na dwa trzy dni, ale kiedy był w domu, spędzali czas tylko ze sobą. Nigdy nie brakowało im tematów do rozmów, nie odczuwali też niepokoju z powodu mało aktywnego życia towarzyskiego i najbardziej lubili swoje własne towarzystwo. Poza pokojem do pracy, najwięcej czasu dobrych chwil mieli w łóżku. Od czasu do czasu urządzali sobie wielkie gotowanie i wtedy kuchnia stawała się ich małym królestwem. W kuchni gadali o wszystkim, a w łazience czytali sobie wybrane fragmenty z gazet. W sypialni słuchali muzyki. Nie przywiązywali się ani do ludzi, ani do miejsc i to łączyło ich najmocniej. Współistnienie nie budziło w nich niepokoju, jak u innych par, było raczej oczywiste jak poranna kawa dla niego i herbata bez cukru dla niej. Nie rozmawiali zbyt często o uczuciach, ale ona miała pewność, że on ją kocha.

Ostatnia noc była cicha i wyjątkowo ciepła jak na wczesną wiosnę. Nie było słychać odgłosów miasta, ani sąsiadów, zwykle aktywnych aż do północy. Siedzieli oboje w milczeniu, świadomi swej niewymuszonej obecności. Dyskretny stuk puk w klawiatury. Przez uchylone okno od czasu do czasu docierały do nich powiewy aksamitnego powietrza, niosąc ze sobą tajemnicze zapachy cudownej przemiany jaka zachodziła w przyrodzie.

Spojrzała na niego. Miał skupiony i smutny wyraz twarzy, a wzrok skierowany w dół.
Zanim zadała mu pytanie, podniósł głowę i popatrzył jej w oczy.

- Jutro odejdę. Spakuję tylko podstawowe rzeczy, niczego więcej nie chcę zabierać.
Nie zrozumiała od razu, ale zanim cokolwiek zdołała z siebie wydobyć on mówił dalej.
- Nie ma sensu o tym rozmawiać. Wszystko już przemyślałem. To jedyne rozwiązanie i nic nie zmieni mojej decyzji, znasz mnie... Myślę, że wszystko jest jasne.

Przełknęła głośno ślinę. Była to jedyna słyszalna oznaka jej zdenerwowania. Patrzyła na niego bardzo przytomnie. W jednej chwili dziesiątki pytań i co najmniej tyle samo odpowiedzi przyszło jej do głowy. Cała wymiana myśli między nimi odbyła się w milczeniu. Siedziała przed swoim komputerem i patrzyła przed siebie bez świadomości gdzie wędruje jej wzrok. On nadal podpierał plecami ścianę i powoli zamykał swojego laptopa. Potem złożył papiery i spokojnie wstał z miejsca.

- Jutro o trzeciej już mnie nie będzie. Wolałbym, żebyś wyszła na spacer kiedy będę się pakował.

Resztę nocy spędzili leżąc obok siebie w milczeniu, on na prawym, a ona na lewym boku.
Pościel była dla niej wyjątkowo chłodna, nie miała jednak ani ochoty, ani odwagi poruszyć się i wstać po dodatkowy koc do okrycia. Oboje czuli swoje ciepło, ale dzieliły ich centymetry zimnego bólu. Żadne z nich nie było w stanie wykonać ani jednego gestu. Leżeli w całkowitej ciszy. Nie miała odwagi krzyczeć, wściekać się, ani płakać. Oboje oczekiwali nadejścia świtu jak wybawienia. Starała się zasnąć i oczywiście nie mogła. Myślała, że rano wszystko okaże się snem, pomyłką, albo żartem. Może on niczego nie będzie pamiętać, a ona niczego nie będzie musiała mu wybaczać i jak zwykle w porannym negliżu zjedzą razem śniadanie, śmiejąc się i żartując przy smarowaniu przypalonych tostów? Miała nadzieję, że tak właśnie będzie, ale wiedziała też, że niczego nie może zmienić, ani powstrzymać, pozostało jedynie poczekać do trzeciej po południu. Wróciła we wspomnieniach do czasów kiedy dopiero co się poznali. Zasnęła kiedy pojawił się brzask.

 

 

05:22, pemcia
Link Dodaj komentarz »
etap

Słońce, czerwony potwór, którego grawitacja utrzymuje w ryzach. Potężne wybuchy miotają wnętrzem monstrualnej kuli ognia i do póki tak się dzieje na Ziemi możliwe jest życie. Słońce ożywia, słońce zabija. Słoneczny wiatr nie przestaje wiać. Z tej samej jestem materii co ono - wybucham i gasnę. Kiedyś będę czarną dziurą świadomości. Przeniknę samą siebie, przenicuję byt, wyparuję. Ostatnio negocjuję z ciałem warunki graniczne. Stan zwany chorobą, stan odmienny od braku objawów degradujących, odcinających energię, przyspieszających rozpad, stan odmiennej świadomości. Negocjuję warunki, ujarzmiam energię, a białe pigułki dostarczają broni moim leukocytom. Słońce, będzie kiedyś czerwonym konwulsyjnie podrygującym karłem na wielkiej scenie nocy. Krew wciąż krąży, pulsuje w skroniach, oddech przyspiesza pod górkę, mięśnie rozgrzewa ruch. Jeszcze tańczę, jeszcze gra muzyka. Dni są wilgotne, wieczory chłodne, przesiąknięte zapachem gnijących owoców, zwiastują nieuchronny koniec lata, porę krótkich zmierzchów i mglistych świtań. Słońce blednie nawet w południe. Potrzebuję więcej ciepła, więcej czułości. Dłonie mam ciepłe, ale puste, niespieszne w działaniu. Wyciągam je przed siebie by sprawdzić czy drżą, by złapać światło. Nieporadnie na wspiętych palcach dotykam plam na słońcu.

03:16, pemcia
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
następne
Archiwum
Sierpień 2007
Wrzesień 2007
Październik 2007
Grudzień 2007
Marzec 2008
Kwiecień 2008
Sierpień 2008
Zakładki:
Skype
OUTGARDEN
Pemazone
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog